Niespotykanie spokojny człowiek


psychoJestem straszliwym nerwusem o stabilności zbliżonej do spoconego dynamitu. To cecha, którą znają wszyscy bliżsi znajomi i rodzina. Na szczęście te nerwy nie przenoszą się na moją pracę zawodową, a czasem nawet mi w niej pomagają. Moją radosną nerwowość zdarzało mi się już wykorzystywać jako zaletę. Nie dalej jak w sobotę Osti przypomniał mi, że kiedyś w ramach szybkiego zapełniania programu konwentu prowadziłem prelekcję „Co mnie wku$%#@”. Wtedy byłem bardzo mocno zaangażowany w pracę dla Nowej Gildii, z którą z wielu różnych powodów wojowały inne portale. Pamiętam, że wyliczanie wszystkich idiotycznych powodów do walk sprawiło mi sporą przyjemność, co ciekawe słuchającym również.

Kumulację nerwowości miałem przy pracach nad Engarde. Kiedy tuż przed pierwszym numerem gruchnęła bomba podłożona przez naszego PR-owca miałem wrażenie, że za chwilę eksploduję. Plony jego działań zebraliśmy na PGA, gdzie pierwszego dnia „koledzy” z branży nie zostawili na nas suchej nitki. Nagranie, które puścił jeden z nich obejrzeli moi redaktorzy, a mój zastępca kategorycznie zabronił mi korzystać z internetu w celach innych niż sprawdzenie poczty (Jak to obejrzysz to dostaniesz wpier#$%). Ponieważ Tronic to chodząca maszyna do zabijania, potraktowałem jego groźby poważnie.

Podczas drugiej doby PGA zaproszono mnie do udziału w programie internetowym, w którym poprzedniego dnia znęcano się nad naszym pismem. Do dziś pamiętam miny moich redaktorów i wydawcy, którzy patrzyli czy rozszarpię zapraszającego na miejscu czy poczekam kilka sekund. Mam wrażenie, że dla nich czas stanął wtedy w miejscu. Podziękowałem grzecznie i dwie godziny później poszedłem na nagranie. Wcześniej wielokrotnie proponowano mi, że znajdzie się jakiś zastępca, a ja mogę pójść na jakieś piwo, albo coś. Odmówiłem. Chyba zaskoczeniem dla wszystkich było to, że całą rozmowę udało się przeprowadzić w spokojnym tonie, a prowadzący, choć na początku był nastawiony do mnie dość sceptycznie, pod koniec wyraźnie zmienił podejście, a potem widziałem nawet komentarz, że jestem „człowiekiem, który ma wiele dystansu do siebie”. Przeprosiłem za wyczyny naszego PR-owca, podkreśliłem na czym nam zależało, co chcemy poprawić, co zmienić i wróciłem na nasze stoisko, gdzie oczekiwali mnie redaktorzy.

Do dziś dnia pamiętam migrenę, jaka dorwała mnie tego wieczora, a przecież przed nami był kolejny dzień zmagań i długi, męczący powrót do Krakowa. Daliśmy radę. Engarde przetrwało jeszcze 4 kolejne numery i zasłuży pewnie jeszcze na niejeden wpis – choć na ujawnienie wielu rzeczy jest ciągle za wcześnie.

Wróćmy jednak do nerwów. O ile w relacjach biznesowych jestem w stanie nad nimi zapanować, to w życiu prywatnym często uchyla się wieko kotła ziejącej nienawiści. W rezultacie musiałem zredukować ostro liczbę znajomych na Faceboooku, do grona osób, które rozumieją, że moje chwilowe wybuchy są właśnie „chwilowe” i że po zastanowieniu często przyznam rację interlokutorom.

Jako twórca, nie tworzywo, byłem, jestem i będę wielokrotnie narażony na negatywne reakcje odbiorców prezentowanych treści. Dlatego z wielkimi oporami włączyłem możliwość komentowania postów na moich blogach. Dlatego też praktycznie nie czytam opinii o swoich artykułach, bo każdą negatywną musiałbym potem po prostu odchorować. Przywołam znów przykład Engarde, które znajdowało się pod stałym ostrzałem, równie często słusznej, jak i niesłusznej, krytyki. Nasze forum było moderowane przez redaktorów, a ja po raz kolejny otrzymałem kolektywny, wielokrotnie powtarzany zakaz jego przeglądania. Wiedziałem, że krytyka się pojawiała, ale otrzymywałem ją już w formie merytorycznej. Gorzej było z mailami, gdzie trafiały się kwiatki w rodzaju rozpoczęcia wiadomości od „Co to kur#$ ma być?”. Po każdej takiej korespondencji wychodziłem na nasz balkonik, gdzie wściekle kopałem barierkę.

Podobnie było, gdy pracowałem jeszcze jako pilot wycieczek zagranicznych. Tam ilość wydarzeń losowych, które doprowadzały mnie na skraj rozpaczy była zdecydowanie wyższa niż podczas walk nad twórczością własną lub kolegów. Dość powiedzieć, że każdy sezon kończyłem chudszy o kilkanaście kilogramów i reagowałem agresją na niewinne nawet pytania krewnych i znajomych. Dojście do siebie zabierało mi zwykle jakieś trzy miesiące.

Oczywiście wszystkie moje doświadczenia zawodowe doprowadziły do sytuacji, gdzie potrafię włączyć na żądanie tryb uprzejmości i wrzucić na twarz uśmiech numer siedem. Wielokrotnie zaskakiwałem tym znajomych i rodzinę. Z wściekłej furii, która groziła detonacją, zmieniałem się w spokojnego, uprzejmego i sympatycznego człowieka, który rzeczowo odpowiadał na pytania, nie dawał się sprowokować i w razie potrzeby uprzejmie choć stanowczo przedstawiał własne racje. Tak było np. w sprawie małego krokodyla, którego turysta kupił w Asuanie dla ośmioletniego synka czy podczas wspomnianego już wcześniej wywiadu.

Dużą odporność na krytykę twórczości literackiej wykształciła mi też praca w redakcji miesięcznika ekologicznego. Zatrudniony tam redaktor należy do tych ludzi, którzy potrafią sprowadzić człowieka na ziemię w sposób inteligentny i uprzejmy. To właśnie on nauczył mnie wielkiego dystansu i złotej reguły – „Każdy tekst po skróceniu o połowę zyskuje na wartości”. Zdaje się, że powinienem zastosować ją do tegoż wpisu.

Ze względu na tę niesamowitą dla niektórych umiejętność natychmiastowego przejścia od stanu wrzenia do lodowatego spokoju wybrałem sobie awatar na Facebooka. Mam też wrażenie, że świadomie odcinając źródła negatywnych bodźców udaje mi się osiągnąć równowagę. Czasem trochę wybuchnę, gdy np. zobaczę opinie nt. pierwszego numeru LAG-a, ale nie są to już dawne Wezuwiusze. Czyżbym na starość łagodniał?

2 Responses to Niespotykanie spokojny człowiek

  1. kozbial pisze:

    no i kto by pomyślał, Adaś, kto by pomyślał

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: