War of the Worlds


Wojna Światów to jedna z moich ukochanych książek. Dlatego rzucam się niczym leming z klifu na wszystkie produkty pochodne. Tak też trafiłem na grę zręcznościową War of the Worlds w serwisie Xbox Live Arcade.

Zanim przejdę do omawiania produktu pragnę nadmienić, że nie dałem rady go skończyć. Gra wywołuje we mnie wewnętrzny sprzeciw, który powoduje, że nie mogę się zmusić, aby po raz kolejny podejść do poziomu z zakichanym czerwonym zielskiem w kanałach. Być może kiedyś dam jej jeszcze szansę, ale sądzę, że opinia, którą wyrobiłem sobie do tej pory jest adekwatna do całości doznać z tej dziwnej produkcji.

Wszystko wskazywało, że otrzymamy tytuł niekonwencjonalny. Wykorzystanie motywu marsjańskiej inwazji z powieści Wellsa, przeniesienie akcji trochę w przyszłość i wykorzystanie części projektów z ekranizacji z 1953 roku i z ilustracji do musicalu Jeffa Wayne’a, zapowiadało ciekawy projekt. Okraszono go intrygującą, utrzymaną w szarych tonacjach grafiką, która przywodziła na myśl pokręconą platformówkę Limbo. Tytuł miał być właśnie platformówką w starym dobrym stylu, a formę wisienki na torcie stanowił Patrick Stewart jako narrator. Wyglądało na to, że produkcja jest skazana na sukces. Nic bardziej mylnego.

Tytuł wyceniono na zaledwie 800 punktów Microsoftu, co tylko zachęcało do zakupu. Włączyłem grę. Zachwyciłem się częściowo interaktywną sekwencją początkową i narracją, a potem przyszła pora na zmierzenie się z pierwszym poziomem. Kiedy zginąłem piętnasty raz zacząłem się irytować. Po czterdziestym stwierdziłem, że to przestaje być śmieszne. Kiedy dochodziłem do setki zgonów byłem bliski ciśnięcia padem o ścianę. Dopiero dwudniowa przerwa pozwoliła zregenerować umysł na tyle, aby powrócić do mordęgi, bo przy najszczerszych chęciach zabawą tego nazwać nie mogę.

Cóż zatem nie zagrało? Przede wszystkim mechanika rozgrywki. Niby jest prosta jak budowa cepa, ale po pierwsze nie wybacza najmniejszych pomyłek gracza, a jednocześnie pełna jest drobnych kiksów, które te pomyłki powodują (np. złapanie się krawędzi jest możliwe tylko przy idealnym, co do piksela, ustawieniu naszego bohatera). Drugą sprawą jest fatalne rozmieszczenie przycisków odpowiadających za bieg i skok, którego nie można za żadne skarby zmienić. Do tego gra jest potwornie, ale to potwornie trudna. Nawet bez irytującego sterowania wymaga małpiej zręczności i idealnego wyczucia czasu. Każdy błąd to zgon i konieczność powtarzania krótszej lub dłuższej sekwencji, bo rozmieszczenie punktów kontrolnych też pozostawia sporo do życzenia. Pod kątem mechaniki jest to kompletny bubel, a to w przypadku platformówki najgorszy zarzut (do ideału, jakim był dla mnie Flashback nawet się nie umywa).

Zatem co zagrało? Przede wszystkim warstwa wizualna, a dokładniej drugi i trzeci plan, bo gra rozgrywa się w zasadzie w dwóch wymiarach. O ile postaci i elementy, które widać na pierwszym planie są co najwyżej średnie, o tyle to co widać w głębi jest już po prostu wyborne. Olbrzymie kroczące machiny, płonące budynki, wybuchy pocisków artyleryjskich, to klimat zagłady ludzkości w mistrzowskim wykonaniu. Na tym poziomie gra zachwyca i choćby dla zobaczenia tych sekwencji warto zobaczyć War of the Worlds.

Sprawdza się też warstwa audio. Wszelkie dźwięki tła są wysoce sugestywne i podkreślają wyjątkowość oprawy wizualnej. Muzyka, choć nie jest to poziom musicalu Jeffa Wayne’a, wpada w ucho, a narracja Patricka Stewarta to klasa sama w sobie.

Niestety ani oprawa, ani dźwięk nie są w stanie przesłonić rozczarowania i frustracji, jakie przynosi rozgrywka. Wyrazy niecenzuralne i ciskanie padem o podłogę lub ścianę są niestety na porządku dziennym. Przebijanie się przez grę powoduje szczękościsk. To tytuł dla hardcorowców, a i oni będą go mieli serdecznie dość. Zdobycie osiągnięć za przejście gry bez jednego zgonu i za to samo, ale za jednym posiedzeniem, są do zdobycia tylko przez masochistów.

W rezultacie War of the Worlds jest produktem rozczarowującym. Po pierwszych doskonałych wrażeniach przychodzi frustracja i rozczarowanie. Nawet dla tak nawiedzonego fana wojnoświatowych wariacji, jak ja, jest to zbyt wiele. Poddałem się i nie skończyłem gry. Nie wiem też czy kiedykolwiek do niej wrócę. Prędzej obejrzę sobie ostatnie poziomy na youtube, przynajmniej nie będę się niepotrzebnie denerwował. Z przykrością informuję, że nie polecam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: