Dead Snow (Zombie SS)


W weekend miałem dawno niespotykaną okazję, aby w gronie dobrych znajomych spędzić kulturalnie kilka luźnych godzin. W ramach obcowania z rzeczoną kulturą postanowiliśmy obejrzeć wybitne dzieło kinematografii norweskiej zatytułowane Dead Snow lub też bardziej swojsko Zombie SS. Produkcja spełniła oczekiwania, a nasz dyskusyjny klub filmowy toczył długą debatę.

Film oglądaliśmy w oryginalnej wersji językowej, okraszonej jedynie polskimi napisami. Dzięki temu mogliśmy pieścić nasze organy słuchu wspaniałym językiem norweskim, którego płynność przywodziła na myśl gorące kartofle trzymane w ustach podczas oratorium. Porwani pięknem języka poczuliśmy się od razu norwegami i zrozumieliśmy głębokie rozterki moralne bohaterów.

Wspomniani bohaterowie to grupa dziewcząt i chłopców (studentów medycyny), którzy postanowili udać się w dzikie śnieżne ostępy (w Norwegii jest to w zasadzie równoznaczne z wyprawą do najbliższego monopolowego). Wynajęta górska chata skrywa mroczną tajemnicę. Tę przyjdzie młodym ludziom poznać w najgorszy możliwy sposób – na własnej skórze.

Otóż pod koniec II Wojny Światowej na tych terenach grasowała grupa żołnierzy SS, która terroryzowała ludność cywilną. Spokojnych z natury Norwegów doprowadzili do stanu, w którym każdy złapał co mógł (szpadel, orczyk i inne dobra) i poszedł na wroga. Część zabili, a resztę wypędzili w góry, gdzie Ci podobno zamarzli. Nic jednak podobnego, bo złowieszcze aryjskie potwory powróciły jako mordercze zombie. I to właśnie z nimi przyszło się zmierzyć biednym studentom medycyny.

Ponieważ film jest klasyczną slashero-komedią pozostaje wierny tradycji, która mówi: „kto się pierwszy rozbiera, ten pierwszy umiera”. Krew leje się hektolitrami, a nasi bohaterowie hołdują wszystkim zasadom horrorów – rozdzielają się, zatrzymują nie tam gdzie trzeba i generalnie zachowują, jakby w życiu filmu grozy nie widzieli. Padają jak muchy, a szczytem wszystkiego jest podpalenie chatki, w której bronią się przed naziolami.

Nasze żywe zainteresowanie budziły też sceny batalistyczne. Sierp, nóż i piła spalinowa sprawdzają się znakomicie, jako narzędzia eksterminacji zombie. Te zresztą są wyjątkowo twarde i silne, a w swym szale zabijania dosłownie rozrywają ludzi na strzępy. Szczególną owację wywołała scena samoamputacji ręki przez jednego z bohaterów. Niestety nie amputował sobie już drugiej pogryzionej części ciała.

Zwieńczeniem filmu były materiały dodatkowe, z których w pamięci utkwił mi szczególnie typ siedzący przy drodze i blokujący przejazd samochodów podczas kręcenia niektórych scen. Opowiadał, że jest studentem archeologii, dla którego nie ma pracy, więc pracuje w branży filmowej. Z miejsca stał się naszym nowym idolem.

Jak zapewne się domyślacie Dead Snow jest filmem tak złym, że aż dobrym. Miłośnicy zombie będą nim zachwyceni, ale uprzedzam, że jest to produkcja, którą najlepiej oglądać w większym gronie, gdy współwidzowie pomogą docenić kunszt dzieła.

I jeszcze to hasło reklamowe: Ein, Zwei, Drei, Umieraj!

One Response to Dead Snow (Zombie SS)

  1. Tomo pisze:

    Mnie też w pamięć zapadł człowiek pilnujący drogi. Którą, dodajmy, przejeżdżał jeden samochód na godzinę. Przez większość czasu ów człowiek siedział na składanym krzesełku i marzł.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: