Supernatural – seria 6, odcinek 21 „Let it Bleed”


Przedostatni odcinek szóstej serii Supernatural już za nami. Let it Bleed rozpoczął się od wysokiego C, które poruszyło moją omszale dwuspadową duszę, ale niestety na wysokim C się skończyło. Potem wszystko okazało się miałkie i byle jakie.

A miało być tak pięknie. Odcinek rzucił nas do Providence, do połowy marca 1937 roku. Oczywiście każdy w miarę rozgarnięty fan grozy zorientował się, że postanowiono wprowadzić postać Howarda Philipsa Lovecrafta. Już na dzień dobry jednak zaserwowano nam szereg błędów. Po pierwsze Lovecraft był zajadłym wrogiem alkoholu. Po drugie nie miał broni. Po trzecie w marcu 1937 roku leżał już w szpitalu i jedyne co mógł napisać to „ból nie do wytrzymania”. Po czwarte nie pisał swoich opowiadań na maszynie, a ręcznie. Po piąte, choć Duch Ciemności to rzeczywiście ostatnie opowiadanie Lovecrafta, to nie napisał go tuż przed śmiercią.

Wszystko to można oczywiście wybaczyć, gdyby wprowadzenie tej postaci miało jakikolwiek sens. Niestety nie ma. Okazuje się, że Lovecraft wraz z przyjaciółmi miał przyzwać coś z Czyśćca. To coś miało ich potem wymordować jednego po drugim. Oczywiście ostał się jeden świadek, który żyje do dziś dnia i to właśnie od niego Bobby dowiedział się, kim jest stwora, którą uwolnił HPL. Teraz musi ją ostrzec przed Castielem, który do spółki z Crowleyem nie zawaha się przed niczym, aby dorwać się do dusz zgromadzonych w Czyśćcu.

Drugi wątek to oczywiście Crowley, który postanawia przystopować Sama i Deana porywając jedyne osoby, na których Deanowi zależy. Oczywiście nie zatrzymuje ich to ani na chwilę, a jedynie powoduje masę nieprzyjemności dla całego stada demonów. Koniec końców otrzymujemy jednak całkiem przyzwoite zamknięcie wątku osobistego Deana. A wszystko przed grand finale, którego jeszcze nie obejrzałem, bo mój mózg musi chwilę odzipnąć.

Przyznam, że ten odcinek mógł być fenomenalny, ale okazał się raczej średni. Spłycenie wątku z Lovecraftem zabiło praktycznie sens wprowadzania tej postaci. Choć oczywiście smaczki w postaci wielkiego fana HPL-a, który ma jego kolekcję listów (wedle słów Bobby’ego rzeczona kolekcja musi działać na kobiety jak kocimiętka na koty), plakatów na ścianach, a nawet gierki Cthulhu Saves The World odpalonej na konsoli wywołują uśmiech.

Świetnie sprawdzają się też aktorzy. Dialog Castiela z Balthazarem jest piękny, zresztą ta ostatnia postać wyrasta na mojego ulubieńca. Cyniczny i marudzący anioł jest naprawdę cudowny. Sebastian Roché powinien dostać za tę rolę jakąś nagrodę.

Niestety dobre kreacje aktorskie nie uratują dziur w scenariuszu. Do tego wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że będzie kolejny sezon – naprawdę nie wiem czy będzie to jeszcze sens oglądać, bo wstawki autoironiczne mogą już nie wystarczyć.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: