Vanishing on the 7th Street


Kiedyś przypadkiem trafiłem na zwiastun intrygującego horrorku – Vanishing on the 7th Street. Ponieważ wszystko wskazywało, że produkcja trafia w moje gusta, postanowiłem wygospodarować na nią jeden wieczór. Nie spodziewałem się cudów, a dostałem całkiem przyzwoity film, który straszy dokładnie tym, czym powinien straszyć. W epoce tasiemcowych filmów o rozczłonkowywaniu ludzi narzędziami rolniczymi jest to rzadkość.

Vanishing on the 7th Street od początku nie próbuje udawać, że jest czymś innym, niż jest. To wykorzystanie klasycznego motywu straszenia ciemnością i nieznanym. Wszystko zaczyna się od tego, że nagle gasną wszystkie światła. Ci nieliczni, którzy mają własne źródła światła (latarki, świece itp.) zostają nagle sami. Wszyscy pozostali ludzie znikają, często nie zdążywszy wydać nawet krótkiego krzyku. Po ludziach pozostają ubrania i inne rzeczy osobiste, a wszechobecne cienie zapalczywie próbują złapać pozostałych ludzi.

Piękne jest to, że w filmie nikt nie próbuje nam tłumaczyć, co się tak naprawdę stało (vide The Happening). Mamy tylko domysły. Dzięki temu twórcy nie brną w idiotyzmy, tylko skupiają się na opowieści. W opuszczonym, pełnym cieni mieście, czworo ludzi spotyka się w barze na tytułowej siódmej ulicy, gdzie dzięki generatorowi ciągle jest światło.

Ostatni bastion też nie utrzyma się wiecznie, bo ciemność jest nie tylko cierpliwa, ale i inteligenta. Choć boi się światła, to potrafi wpływać na umysły ludzi i skierować ich w swoje szpony. Do tego w niewyjaśniony sposób potrafi zakłócić pracę latarek, gasić świece i ogólnie pozbawiać ludzi zbawczego światła. To właśnie ten motyw przywodził mi na myśl grę Alan Wake, ale powiedzmy sobie szczerze, nie twórca scenariusza nie zapuścił się tak daleko.

Również główni bohaterowie do oryginałów nie należą, ale ich cele są przynajmniej jasne. Matka, wbrew wszelkiej nadziei, szuka dziecka. Chłopak czeka aż jego mama wróci z kościoła, a dwóch facetów próbuje po prostu przetrwać, choć jeden w sposób bardziej bezwzględny od drugiego.

Dzieło nie jest wybitne, ale straszy nad wyraz skutecznie, nie ochlapując przy tym widzów hektolitrami świńskiej posoki. Dwa podstawowe lęki ludzkości łączą się tutaj, aby skutecznie wywołać niepokój. Uważam, że rezultat byłby jakieś dziesięć razy lepszy, gdyby nie wprowadzono jeszcze jednego motywu, który prowadzi do quasi szczęśliwego zakończenia. Podobać się może też nawiązanie do słynnego słowa Croatoan. Rezultat to wywołujący ciarki film na deszczowy wieczór, aż strach potem iść do łazienki.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: