Glee – sezon 1, odcinek 1 „Pilot”


W ramach urozmaicania życia rodzinnego dałem się namówić małżonce na wspólne oglądanie jej ulubionego serialu – Glee. Podchodziłem do niego jak nasz kot do odkurzacza, bo musicale w moim układzie słonecznym orbitują daleko za Plutonem. Z drugiej strony cenię sobie rekomendacje mojej lepszej połowy i raczej się na nich nie przejechałem. Poza tym brakowało mi pomysłu na dzisiejszą recenzję, a darowanym ideom nie zagląda się koncept.

Glee okazało się zadziwiająco przyjemną komediową wariacją na temat serialu młodzieżowego z muzyką w tle. Idealistyczny nauczyciel w małomiasteczkowej szkole postanawia przywrócić do świetności lokalny chórek. Brzmi to banalnie, ale brawurowe wykonanie powoduje, że temat chwyta.

Elementem, który wywołuje irytację podczas oglądania, jest szarpana narracja. Krótkie, przeskakujące sceny z jednej strony powodują, że show jest dynamiczne, z drugiej przeszkadzają widzom przyzwyczajonym do bardziej klasycznego prowadzenia akcji. Podobno można się do tego przyzwyczaić. Dobrze, że kamerzyści nie mają syndromu drżącej ręki.

Spodobała mi się kreacja postaci. Choć nie zabrakło tu oczywiście pewnych stereotypów, to wyraźnie widać, że twórcy unikają ich jak mogą. Zespół nie powstaje z samych arcyinteligentnych dziewczynek z dużym biustem i intelektualistów o ciałach adonisa. Uniknięcie syndromu Beverly Hills 90210 (mówimy o serialu, który oglądałem będąc nastolatkiem, a nie o jego nowej wersji, której nie widziałem i widzieć nie zamierzam) to wielki plus. Zarówno uczniowie, jak i ich nauczyciele są naprawdę intrygujący. To są postaci z krwi i kości, a każda ma swój bagaż kompleksów i problemów. A już cynizm niektórych nauczycieli potrafi rozłożyć na łopatki.

Oczywiście największą zaletą serialu jest muzyka. I choć w pierwszym odcinku zespół dopiero odkrywa swój styl, to podoba mi się kierunek w jakim zmierza. Wykorzystanie mniej lub bardziej klasycznych utworów z pogranicza rocka i popu wydaje się strzałem w dziesiątkę. Na pierwszy ogień poszedł liczący sobie już 30 wiosen utwór Don’t Stop Beliving zespołu Journey. Można zaryzykować stwierdzenie, że w nowej wersji stał się jeszcze lepszy.

Wygląda na to, że obejrzę jeszcze kilka odcinków Glee. Serial nie rzucił mnie na kolana, ale też daleko mu od magnetycznego odpychania. To lekka zabawa na wieczorną chwilę spokoju z ciekawie zaaranżowaną muzyką. Może się podobać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: