Season of the Witch – lepiej spłonąć na stosie


Obejrzałem ostatnio dwa złe filmy. Jeden gorszy od drugiego. Aby zaostrzyć apetyty czytelników i uświadomić skalę potworności, z jaką musiałem się zetknąć, postanowiłem zacząć od lepszego. W dziele zatytułowanym Season of the Witch główne role zagrali Ron „Hellboy” Perlman oraz Nicolas „Jezus Chrystus” Cage.

Film zaczął się całkiem sympatycznie. Kilka przeplatanych ciętymi dialogami scen batalistycznych z czasów krucjat miało za zadanie nakreślić nam na szybko bohaterów. Dwóch przyjaciół pojechało na krucjatę, jednak w końcu zdali sobie sprawę z bezsensowności rzezi, którą serwują po równo wszystkim – winnym i niewinnym. Porzucają więc obrzydły proceder i jako dezerterzy powracają do Europy.

W tej panuje obecnie zaraza, którą miała ponoć sprowadzić potężna czarownica, którą uwięziono w podziemiach zamku o nieistotnej dla sprawy nazwie. Nasi bohaterowie, częściowo aby ujść spod katowskiego topora (w końcu są dezerterami, a tych w średniowieczu rozpoznawano na każdym kroku po specjalnym błysku na mieczu i zaszczutym spojrzeniu padającego pod krzyżem zbawiciela), częściowo celem odkupienia mniej lub bardziej urojonych win, podejmują się zadania eskortowania rzeczonej wiedźmy do położonego na zadupiu klasztoru. Tam dzielni mnisi mają ponoć Księgę Salomona, dzięki której nie tylko osądzą sprawiedliwie poczwarę, ale także wygonią zarazę.

Rozpoczyna się więc wyprawa. Po drodze nie brakuje przygód, a i trup trafi się tam i wobec. Wszystko to ma znamiona całkiem przyzwoitego, choć oczywiście fabularnie durnego, widowiska. Niestety aż do chwili, gdy scenarzyści wpadli na pomysł wagi ciężkiej i postanowili dodać zwrot fabularny. Psuje on cały nastrój opowieści, ale daje za to możliwość wydania budżetu na fajerwerki. Jakakolwiek szansa na poprowadzenie filmu w ciekawą stronę znika i oglądamy idiotyczną rzeź z piekielnymi stworami w rolach głównych.

Mam wrażenie, jakby w 3/4 filmu zmieniono scenarzystę i wszystko, co przemawiało dotąd na korzyść tej produkcji, przekreślono grubą kreską. To jest wzorcowy przykład, dlaczego nieobyci twórcy nie powinni dotykać się do pisania scenariuszy. A wystarczyłoby po prostu pociągnąć dalej motyw czarownicy i procesu. To spowodowałoby, że film pozostałby w pamięci, jako interesujący. Niestety, jest to gniot.

Nie ratuje go też cierpiętnicza rola Cage’a, ani radosne zgrywy Perlmana. Otaczająca durnota w niwecz obraca naprawdę udane scenografie i przyjemną dla ucha muzykę. A samo zakończenie powoduje, że żałujemy każdej sekundy spędzonej na oglądaniu tego dzieła. To dokumentne spieprzenie dobrego zamysłu. Film, na który szkoda po prostu czasu. Wspominałem, że to jest ten lepszy z widzianych ostatnio dwóch? No to przygotujcie się na jutro, gdy będę opisywał The Last Lovecraft: Relic of Cthulhu.

One Response to Season of the Witch – lepiej spłonąć na stosie

  1. misia pisze:

    AMEN.
    Zgadzam się z Tobą w każdym słowie.
    Absolutnie, bezsprzecznie i całkowicie🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: