Doctor Who – seria 6, odcinek 2 „Day of the Moon”


Zostałem wgnieciony w fotel, przerzuty, wypluty i rzucony lotem koszącym o klawiaturę. Tak najkrócej można podsumować moje wrażenia po drugim odcinku najnowszej serii Doctor Who. Steven Moffat stworzył idealną mieszankę horroru i akcji, którą zabarwił typową dla siebie ilością szalonych zwrotów akcji. Dość powiedzieć, że pogubiłem się już w okolicach czołówki. To była duża dawka mocnych wrażeń, a przed nami jeszcze przecież wiele dobrego.

Zwyczajowo przepraszam za spoilery, bo trudno bez nich odnieść się do treści odcinka.

Spoglądam w swoje notatki i pierwsze, na co się natykam to: „zaczyna się grubo”. Myślę, że nawet po przespaniu większej części nocy lepiej bym tego nie ujął. Polowanie na kompanów doktora w wykonaniu panów w czerni wgniata w fotel. Do tego sposób, w jaki wywinęła im się River, jest mistrzostwem wariackiego humoru tego serialu. A potem jest już tylko lepiej.

Pomysły na zarejestrowanie obecności Silence (to te paskudne potwory, które wymazują się z pamięci, gdy tylko przestanie się na nie patrzeć) jest ciekawy, choć oczywiście nie nieoczekiwany. Jednak dopiero sposób, w jaki Doktor załatwia te paskudne mordy, powoduje totalny opad szczęki. Tak, jak zaznaczyłem już na wstępie, zostałem totalnie ogłuszony.

Czy to oznacza, że wyjaśniono wszelkie tajemnice? Nic podobnego. Atmosfera dopiero się zagęszcza, a ilość nowych wątków, które domagają się odpowiedzi wzrosła znacząco. Ujawnia się tu zupełnie odmienny styl budowania serii przez Moffata, w stosunku do tego, co znaliśmy w wersji Russella T. Davisa. U niego dopiero pod koniec dowiadywaliśmy się, że te wszystkie drobne elementy, na które prawie nie zwracaliśmy uwagi mają sens. Z kolei Moffat rzuca nam tajemnicę na dzień dobry i każe wypatrywać znaków, które doprowadzą do jej wyjaśnienia. Nie wiem sam, którą wersję preferuję, ale obie mają w sobie głęboki urok i udowadniają, że brytyjskim scenarzystom mało kto może sprostać.

Uważam też, że Moffat może z powodzeniem pisać scenariusze do horrorów. Przy Day of the Moon mogą się schować wszystkie amerykańskie seryjne szmiry. Tutaj strach jest na poziomie podświadomości i nie trzeba wylewać na widza wiadra krwi ze świńską tuszonką. Naprawdę nie wiem, jak na ten odcinek zareagowały dzieci, które są w końcu też widzami tego show. A jeśli wierzyć zapowiedziom, to nie był najmroczniejszy odcinek w tej serii – ponoć Gaiman zaserwuje jeszcze więcej.

Jak zwykle na nagrodę zasługują aktorzy. Towarzysze doktora są wyraziści, momentami odbierając mu prymat na ekranie. Jest coraz lepiej.

Pozostaje tylko czekać na kolejny odcinek Doctora. Tym razem naszym bohaterom przyjdzie zmierzyć się z morderczą Syreną. Będzie ciekawie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: