Battle: Los Angeles


Z powodu zbliżającego się weekendu i nagłego ataku migreny dziś zajmiemy się trochę starszym tematem – Battle: Los Angeles. Ponieważ jestem wielkim miłośnikiem filmów katastroficznych i destrukcyjnych, musiałem obejrzeć to widowisko. Wiedziałem czego się spodziewać i dlatego wszystkie idiotyzmy, od których roi się ta produkcja, przyjąłem dzielnie na klatę. Otrzymałem dokładnie to czego chciałem, no może z jednym „małym” wyjątkiem.

Uwaga będą spoilery.

Battle: Los Angeles to kolejny wysokobudżetowy film o inwazji obcych na naszą zasmarkaną planetę. Tym razem twórcy postanowili sprawdzić kolejne podejście. Zamiast inwazji w skali marko (Dzień Niepodległości), na poziomie rodziny (ostatnia wersja Wojny Światów) czy znajomych (Skyline), przyszedł czas na rozwiązanie pośrednie. Tym razem oglądamy wojnę z poziomu drużyny amerykańskich marines. Ich zadaniem jest ewakuacja ludności cywilnej z nadbrzeżnej części Los Angeles. Oficjalnym powodem jest deszcz meteorytów, ale błyskawicznie wychodzi na jaw, że to źli i paskudni obcy.

Na dzień dobry dostajemy sprawdzony zabieg z wrzuceniem nas w środek akcji, a potem uderza w nas retrospekcja. Poznajemy na szybko bohaterów, w tym głównego twardziela, który już tak naprawdę nie chce być twardzielem. I choć może się to wszystko wydawać płaskie, to jednak wystarcza, aby zrozumieć motywacje postaci. Gorzej, bo uparto się na „latającą” kamerę, która doprowadza mnie do szału. Na szczęście przestała latać, gdy doszło już do prawdziwej akcji, a na ekranie pojawiły się ufoki.

Trzeba przyznać, że obcy są wyjątkowo paskudni. Połączenie organicznych ciał z karabinami robi wrażenie. Wydaje się, że atakujący to po prostu niewolnicy zmuszani do inwazji. Za to pojawiający się w tle mackowaci dowódcy nie mają już mechanicznych dodatków. Z czasem pojawiają się też latające drony i wielkie bobo. Jest ogólna rozpierducha, tylko tym razem siły są prawie wyrównane. Mówię prawie, bo mimo pewnej przewagi zaskoczenia i jakości broni, obcych da się skrzywdzić. Można ich zastrzelić, można ich wysadzić i przywalić w mordę bez żadnych nowomodnych pól siłowych i innych bzdur. W rezultacie starcia nabierają znamion prawdopodobieństwa – to duży plus tej produkcji.

Oczywiście nasi dzielni marines z początku zachowują się jak na majówce. Najpierw biegają środkiem ulicy, a dopiero doświadczenie uczy ich, że trzeba przemykać pod ścianami, bo obcy uwielbiają biegać po dachach i zastawiać pułapki. Dopiero z czasem bohaterowie uczą się bardziej zaawansowanej taktyki, sprawdzają też jak można danego obcego udupić. Wiwisekcja to jedna z mocniejszych scen w filmie i na pewno na długo zapadnie mi w pamięć.

Nie obeszło się oczywiście od odrobiny patosu, ale jak na poziom tego typu produkcji można uznać, że nie ma go prawie wcale. Podobają mi się też postaci i ich rozwój. Ulubieńcem jest marines irlandzkiego pochodzenia Lee Imlay. Zdecydowanie najbardziej zapadł mi w pamięć.

Choć w filmie ludzie dostają generalnie w tyłek, to jest jednak nadzieja, że uda się w końcu skopać obcych, a tym samym pojawia się nadzieja na kolejne filmy, prezentujące dalsze wydarzenia lub znane już z trochę innej perspektywy.

Jedyne czego brakowało mi w tym filmie to walnięcia w obcych nuklearką. Z jakiegoś powodu uwielbiam ten motyw i choć wiem, że tutaj by nie pasował, to pewien niedosyt pozostaje. Jest jednak nadzieja, że gdzieś jednak rzeczoną bombą alienom przywalą.

Efekty specjalne stoją na wysokim poziomie. Zrujnowane miasto, wybuchy i wygląd ufoków nie pozostawia wiele do życzenia. Muzykę jakąś tam słyszałem, ale raczej w pamięć nie zapadła. Bzdury fabularne pominąłem, bo przecież tego typu film już z założenia musi być durnowaty.

Jakie jest zatem Battle: Los Angeles? To kawał fajnego kina akcji z dużą ilością wybuchów. Dokładnie takie danie, o jakie mi chodziło.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: